SLOW FASHION

Second Hunt – nowy wymiar vintage

Kilka lat temu noszenie używanych ubrań było obciachem – no bo po co kupować w lumpeksach, skoro w sklepach pełno ładnych, niedrogich i modnych ubrań? Dziś, kiedy świadomość ekologiczna konsumentów rośnie z dnia na dzień, używane ubrania przeżywają swój prawdziwy renesans. Lumpeksy i vintage shopy stają się obiektami pożądania, a wyszperane tam ubrania biją na głowę sieciówkowe trendy. Dlaczego? Bo są oryginalne, świetnej jakości, pozwalają się wyróżnić z tłumu i korzystają z tego, co już zostało wyprodukowane.

***

Szacuje się, że w latach 2030 – 2031 rynek ubrań drugiego obiegu osiągnie rozmiary rynku fast fashion i będzie wart tyle samo, co szybka moda. Na przestrzeni ostatnich lat polski rynek ubrań z drugiej ręki mocno ewoluował, a używane ubrania przestały kojarzyć się z byle jakimi, smętnie wiszącymi na wieszakach bluzeczkami Atmosphere czy Primark. Dzisiejsze second-handy, to już nie kiepsko wyeksponowane, tanie ciuchy na kilogramy (choć oczywiście nadal są takie miejsca!) – coraz częściej pojawiają się za to eleganckie butiki i komisy ze starannie wyselekcjonowaną odzieżą vintage. Tego typu biznesy świetnie prosperują w Internecie i nie mam tu na myśli wyłącznie popularnych platform sprzedażowych typu OLX czy Vinted. 

Z potęgi ubrań vintege doskonale zdaje sobie sprawę Zuza Przywecka, właścicielka sklepu internetowego Second Hunt, z którym ruszyła ponad miesiąc temu. Spotykamy się na poznańskich Jeżycach, jest ciepłe październikowe popołudnie, na dworze słychać dzwonienie tramwajów. Z filiżanek vintage popijamy gorący, imbirowy napar, a Zuza raczy mnie opowieściami o swojej marce i świadomej modzie. 


Zawsze byłaś świadomą konsumentką?

No co Ty! Kilka lat temu, kiedy były wyprzedaże w Zarze, przychodziły do mnie ogromne kartony ubrań, a ja byłam mega zadowolona – bo za małe pieniądze miałam wielką furę supermodnych ubrań. Teraz od kilku lat w ogóle nie kupuję w sieciówkach, totalnie to ograniczyłam.


Doskonale to znam, bo miałam dokładnie to samo.

Ja uważam, że każdy potrzebuje czasu do zmian, musi do nich dojrzeć, dorosnąć. Trudno oczekiwać od młodej, karmionej Instagramem dziewczyny świadomego podejścia do zakupów. Myślę, że teraz to wszystko nabiera rozpędu, może pokolenie Z będzie inne, bardziej świadome, ale ciężko wyrokować. Co ważne, wydaje mi się całe nasze  podejście do mody mocno ewoluuje, właśnie notuje się spory wzrost zainteresowania modą z drugiej ręki, ostatnio nawet przeglądałam statystyki według których, to się wszystko zmieni w przeciągu najbliższych 20 lat, i że trend na modę z drugiej ręki stale będzie rósł. 

Zgadzam się z Tobą w 100%, ale mam wrażenie, że w Polsce mamy wciąż bardzo mało świadomych konsumentów, którzy zdają sobie sprawę z wpływu mody na środowisko. 

Mam podobnie, dlatego staram się edukować poprzez Instagram. Poruszam tematy, które są związane z modą etyczną, z tym jaki na środowisko ma branża fashion, ile wody potrzebne jest do wyprodukowania danej rzeczy. Chcę serwować ciekawostki dotyczące mody zrównoważonej,  bo sama kilka lat temu nie zdawałam sobie z tego sprawy. Konsumenci muszą mieć miejsca, z których dowiedzą się takich rzeczy. 

Naszym największym problemem jest nadkonsumpcja?

Myślę, że tak i wierz mi – nie dotyczy to tylko i wyłącznie fast fashion. Ostatnio słuchałam ciekawego podcastu, w którym padło sformułowanie, że teraz jest taka trochę nagonka na „kupuj z drugiej ręki”, „kupuj odpowiedzialne marki”, „minimalizuj wpływ na środowisko”, „mniej konsumuj”, a prowadząca powiedziała, że tak naprawdę najważniejsze jest to, jaką masz tę szafę i czy w pełni ją wykorzystujesz. I dla mnie to jest clue. Bo nie jest ważne, czy Ty dany sweter, bluzkę czy spodnie kupiłaś w Zarze, H&M czy w Elementach. Ważne jest to, czy daną rzecz nosisz. Bo jeżeli kupisz teraz 100 ubrań zrównoważonej marki, ale nie będziesz ich nosiła, to i tak wychodzi na to samo. O to w tym wszystkim chodzi – żeby podejmować odpowiedzialne decyzje o zakupie, żeby zapytać siebie, czy faktycznie tego potrzebuję, czy faktycznie będę to nosiła. Bo jeżeli już dana rzecz została wyprodukowana, skoro została zużyta woda, to ważne jest to, żeby to wszystko nie poszło na marne. Możesz być minimalistką, mając 100 rzeczy, chodzić w nich i wykorzystywać każdy z elementów, a możesz być minimalistką mając 30 rzeczy w szafie. 

Co jest kluczową „misją” Second Hunt?

Zależy mi na tym, żeby udowodnić konsumentom, że  ubranie z drugiej ręki wcale nie jest gorsze niż to z sieciówki.

Szczerze mówiąc, dla mnie jest dużo lepsze.

Dokładnie, ja chcę pokazać to ubranie z drugiej ręki jako pełnowartościowy produkt, dlatego dbam o stylizację, przygotowuję sesję, żeby jak najfajniej zaprezentować to, co sprzedaję.

Według mnie to ogromna wartość dodana Twojej marki. No bo wiesz, pokazać na wieszaku ubrania, to nie sztuka. 

Moją ideą było to, żeby moi klienci nie czuli, że coś tracą, kupując ubrania z drugiej ręki, żeby podczas zakupów mieli podobne doświadczenie, jak wtedy, gdy kupują coś nowego, w „normalnym sklepie”. Dlatego daję staranne zdjęcia na modelce, a nie na wieszaku, nie sprzedaje zniszczonych ubrań ze skazami czy wadami, bo wiem, że sama takiego ubrania bym po prostu nie kupiła. Wiadomo,  w Second Hunt nie ma 7 rozmiarów – są tylko pojedyncze sztuki, to dla niektórych może być kłopotliwe. 

To z jednej strony może być kłopotliwe, a z drugiej może dodawać tym ubraniom takiej unikatowości i wyjątkowości. To daje przekonanie, że masz ten swój pojedynczy egzemplarz i że raczej na mieście nie spotkasz dziewczyny  ubranej w to samo.

Masz rację. Chcę, by Second Hunt się wyróżniał, by miał swój niepowtarzalną estetykę, żeby mój profil był inspirujący dla tych, którzy go odwiedzają. Chcę pokazywać ponadczasowy styl, a nie podążać za trendami. Powiem Ci szczerze, że Second Hunt daje mi ogrom radości i satysfakcji, bo dzięki temu mogę realizować się na różnych płaszczyznach. Nie mam jednej wielkiej pasji, mam kilka zainteresowań, które chciałabym rozwijać i stale się w nich doskonalić. W Second Huncie mogę się rozwijać fotograficznie, bo  fotografia zawsze gdzieś tam blisko mnie była, zawsze była dla mnie ważna. Pasja do mody narodziła się gdzieś w gimnazjum, zaczęłam chodzić po lumpeksach, strasznie podobało mi się to, że za niewielkie pieniądze udało mi się złapać coś zupełnie unikatowego, coś, czego nikt nie będzie miał. Z wykształcenia jestem psychologiem, może dlatego też interesuje mnie także jak się czujemy w danym ubraniu, oprócz tego kocham pchle targi i wszystko, co vintage, więc Second Hunt to taka idealna „hybryda” wszystkiego, co uwielbiam. 

Czym kierujesz podczas wyboru ubrań do sklepu? Kluczową kwestią jest dla Ciebie jakość czy marka?

Nie idę ślepo za marką, staram się to wybalansować, skupiam się na kroju, na składzie, zależy mi na tym, żeby ubrania były ponadczasowe. Nie skupiam się na określonych markach, kluczową kwestią jest dla mnie spójność. Oczywiście – markowe ubrania są super, bo nawiązują do filozofii i estetyki marki, która pracowała nad nimi przez lata, to jest kawał historii mody. W Second Hunt  łączę jedno z drugim – pojawiają się perełki od projektantów: czółenka od YSL, koszula KENZO, ale także ubrania bez „metki”, ale za to o świetnej jakości i o klasycznym stylu. 

Ubrania, które sprzedajesz w Second Hunt są wypadkową Twojego stylu?

Siłą rzeczy tak. Second Hunt to mieszanka stylów ze względu na to, że łącze ubrania vintage, które często są dość charakterystyczne krojem czy printem z minimalistycznymi i nowoczesnymi elementami. Współpracuję z hurtownią, ale w dużej mierze ubrania wyszukuję sama – chodzę do stacjonarnych lumpeksów, szperam też na OLX i Vinted. Kieruję się swoim stylem, kupuję to, co chętnie sama bym nosiła, bo widzę, że innym osobom też to się podoba. Czasami zdarzy się jakiś szalony element – czy to w kroju, czy w princie, i choć ja sama niezbyt często noszę takie rzeczy, to jestem w stanie wziąć ją do sklepu, bo to jest ciekawe i inspirujące.

Kim jest Twoja klientka?

Na początku, gdy zaczęłam tworzyć grupę docelową mojej marki, to… po prostu opisałam siebie. Później  stwierdziłam, że ok, ja jestem grupą docelową, ale… oprócz mnie jest także kolejna grupa, do której chciałabym dotrzeć. To osoby, które do końca nie zdają sobie sprawy z tego, jak to wszystko funkcjonuje, bo są po prostu nieświadome, nie widzą problemu fast fashion. Nie wiedzą, że  jeansy, które mają na sobie, generują ogromne ilości wody, że mogą być nasączone toksycznymi barwnikami i że przebyły tysiące kilometrów po to, by trafić na sklepową półkę w Zarze czy H&M. Chciałabym trafiać nie tylko do ludzi świadomych, ale też do tych, którzy tej „pobudki”, tego uświadomienia potrzebują. 


Dokładnie. Ja mam wrażenie, że mnóstwo osób nie zdaje sobie sprawy z tego, że do wyprodukowania jeansów czy t-shirtu potrzebna jest woda. 

Też tak myślę! Ludzie nie wiedzą, że jeansy to bawełna w 99% pochodząca z hodowli przemysłowej, która generuje horrendalne ilości wody. I wiesz co, ja dobrze to rozumiem, bo jeszcze parę lat temu też kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy i nie było to dla mnie ważne. 


Dlatego tak istotna jest edukacja i pokazywanie konsumentom, że więcej i taniej wcale nie znaczy lepiej. 

Dokładnie. Chcę promować świadomą konsumpcję – także w kwestii ubrań z drugiej ręki. Nie kupujmy 100 rzeczy, których nie będziemy nosić tylko dlatego, że są używane i lepsze dla środowiska. Chcę pokazywać, że istotą życia nie powinno być posiadanie jak największej ilości rzeczy, czy podążanie za nowościami. Najważniejsze powinno być szukanie balansu i docenienie tego, co mamy – i wierz mi,  zdaję sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach to coś super trudnego. 

Kręcą Cię trendy?

Nie, już nie. Dużo bardziej podoba mi się patrzenie na modę przez pryzmat tego, jak czujemy się w danym ubraniu, a nie tego, czy jest ono zgodne z najnowszymi trendami. Przecież to po prostu nie jest możliwe, żebyśmy nagle, w każdym trendzie odkrywali siebie i czuli się w nim fantastycznie. W każdym ubraniu jest najważniejsze to, jak Ty się w nim czujesz, a nie to czy jesteś w jakimś trendzie, czy wpisujesz się w odpowiedni kanon – nie o to w tym wszystkim chodzi.
 

Znam sporo osób, które co sezon zmieniają swój styl tylko po to, by doskonale wpisywał się w obowiązujące trendy. 

Zapominamy o swoim stylu na rzecz trendów, a moda ma przecież wyrażać naszą osobowość. Polecam przejrzeć rodzinne zdjęcia z  lat 50. czy 60., czy nawet te naszych rodziców z lat 80. – oni wszyscy wtedy wyglądali genialnie, byli super stylowi, mimo tego, że w sklepach nie było tak naprawdę nic. I to jest  zastanawiające – bo półki były puste, a oni wszyscy wyglądali rewelacyjnie, te ubrania były świetnej jakości, były dobrze odszyte, były przepiękne. Kiedyś podczas rozmowy z moją mamą doszłyśmy do wniosku, że wtedy kobiety nie miały w szafie 40 sukienek i 30 bluzek. Miały dwie sukienki, które musiały być proste i klasyczne, idealnie skrojone i które miały im służyć latami, a nie miesiącami. I zobacz, jaki to jest kontrast – masz 40 sukienek, ale w żadnej z nich nie czujesz się tak super, żadna z nich nie jest idealna i wyjątkowa. A wtedy – 20, 30, czy 40 lat temu, gdy nie było możliwości zakupu 10 sukienek w sezonie, to kobiety miały jedną idealną sukienkę, która towarzyszyła im bardzo długo.

Liczyła się jakość, a nie ilość. Poza tym ludzie zdawali sobie sprawę, że wyprodukowanie ubrania to nie jest bułka z masłem. 

Przez jakiś czas pracowałam w FORMIE Szkole Mody, tam przychodziły dziewczyny na kursy szycia i one w weekend miały uszyć taką prostą spódnicę na gumce. Zawsze pojawiały się osoby w grupie, które ze zdziwieniem mówiły o tym, że myślały, że uszycie takiej spódnicy to jest 5 minut, a nagle okazywało się, że to bardzo długi i skomplikowany proces. Bo musisz wybrać materiał, wymierzyć, skroić, wyciąć wykrój, zszyć odpowiednie elementy, jak coś się źle zszyje to rozpruć i zszyć na nowo. Ten kurs trwał 16 godzin lekcyjnych i często po tym czasie te spódnice nie wyglądały super. Dopiero wtedy te dziewczyny zdawały sobie sprawę, że uszycie czegokolwiek to długi proces, który wymaga morza cierpliwości.

Miałam dokładnie to samo – kiedy podczas zajęć w Szkole Mody FORMA zobaczyłam, jak wygląda wykrój spodni, to byłam w szoku, ile to jest szczegółów i elementów, choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to tylko dwie nogawki i zamek. I teraz kiedy już mam tę wiedzę, to dochodzę do wniosku, że uszycie spodni, które są super wymagające konstrukcyjnie, za 30 czy 40 złotych jest absolutnie niemożliwe. 

Dokładnie, dlatego chcę poruszać także tematy wykorzystywania ludzi, mówić o tym, gdzie pracują, za jakie pieniądze i tak dalej. Chciałabym mocno nakreślać ten problem.


Ja mam wrażenie, że ta cała „rewolucja” idzie ze złej strony. „Złej” to może głupie sformułowanie, chodzi mi o to, że inicjatorami wielkich zmian powinny być wielkie koncerny, bo wydaje mi się, że to oni, a nie konsumenci mają największą siłę. Oczywiście – super, że konsumenci działają i wyrażają swoje zdanie, ale mam wrażenie, że te „nasze” działania nie mają tak wielkiej skali. To czy ja, czy Ty kupujemy ubrania z drugiej ręki, to jest tak naprawdę tylko kropla w morzu potrzeb. 

Wiesz co, ostatnio w pewnej książce natknęłam się na cytat: „Pojedyncze wybory konsumentów są początkiem czegoś większego” i zdecydowanie się z nim zgadzam. I jasne, masz rację, że wielkie zmiany powinny rozpocząć się od wielkich rekinów biznesu, od Inditexu, H&M czy LVMH, ale jak jest, każdy widzi.  Jeżeli my, konsumenci zaczniemy od siebie, to też jest jakiś ważny krok — wiadomo, my jako jednostki nie zdziałamy cudów, ale jedna jednostka inspiruje drugą i takim sposobem tworzą się większe grupy. Ważne jest to, by te świadome osoby przekazywały wiedzę dalej, by  wzajemnie się inspirowały i prowokowały do zmian. 

 

Myślisz, że wzrost zainteresowania zakupami ubrań z drugiej ręki to faktycznie zmiana nawyków konsumenckich?

Myślę, że jest to spora zmiana, ale nie oszukujmy się – niestety większa część konsumentów nadal kupuje i przez długi czas będzie jeszcze kupować w sieciówkach. Ulubioną marką modową Polaków jest Pepco, więc niestety przed nami jeszcze długa droga. Myślę jednak, że z roku na rok świadomość będzie rosła.

***

Trudno oczekiwać od konsumentów świadomości w kwestii mody, kiedy nie mają miejsc z których mogą czerpać wiedzę w tym temacie. Edukacja, uświadamianie, mówienie głośno w wpływie mody na środowisko, to kluczowe kwestie współczesnych modowych biznesów, nie tylko tych bazujących na sprzedaży ubrań z drugiej ręki. Second Hunt daje konsumentom jedno i drugie – zarówno wiedzę i edukację, jak i super jakości ubrania, dlatego powstawanie tego typu miejsc cieszy podwójnie.

Zuza nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Kto wie, może za jakiś czas spotkamy się w jej sklepie stacjonarnym?

Koniecznie zaobserwujcie Second Hunt na Instagramie

 

PS. Second Hunt działa od niespełna miesiąca, a już może pochwalić się gronem wiernych klientek, które utożsamiają się z jego misją i estetyką. Wśród nich jestem również ja – niegdyś fanka stosów ubrań z Zary, dziś miłośniczka wszystkiego co vintage. Jakiś czas temu podjęłam decyzję o rozstaniu z sieciówkami. I wiecie co? Raczej za nimi nie zatęsknię.