PO CO TA ZMIANA?

Tak jak książki nie powinno oceniać się po okładce, tak projektanta nie powinno oceniać się po pierwszej kolekcji stworzonej dla marki. Sabato de Sarno – nowy dyrektor kreatywny domu mody Gucci, od kilku dni jest na ustach niemalże całej branży fashion, która niczym surowy profesor ocenia jego dokonania. Jedni nie zostawiają na nim suchej nitki, inni zachowują chłodną obojętność i czekają na to, co będzie dalej. Jedno jest pewne – marka Gucci się zmieniła, zmieniła się totalnie. To właśnie „zmiana” jest w tej dyskusji słowem-kluczem, bo chyba wszyscy, w modowym zapamiętaniu, zapomnieliśmy, na czym ona polega i z czym się wiąże.  

***

Wielka zmiana, wielki lament

Zmiana w świecie mody nie jest niczym nowym, zmiana dzieje się każdego dnia i na każdej płaszczyźnie. Począwszy od trendów, które zmieniają się jak w kalejdoskopie, przez wiodące w danym czasie style i estetyki, po… perypetie na kluczowych stanowiskach w największych domach mody, które na przestrzeni ostatnich lat przypominają brazylijską telenowelę. Odejście Alessandro Michele z Gucci od samego początku tożsame było z wielką i drastyczną zmianą estetyki, dlatego, tak zupełnie szczerze, bardzo dziwi mnie wielki szok, który przeżywa obecnie spora część branży mody.

Wedle słownikowych definicji zmiana to fakt, że coś staje się inne niż dotychczas, zmiana to również zastąpienie czegoś czymś innym. Dokładnie to wydarzyło się w domu mody Gucci – estetyka Alessandro Michele została zastąpiona estetyką Sabato de Sarno, a tym samym Gucci stało się inne. To czy spodoba się konsumentom, czy nie, wyjdzie w praniu.

Złoty Michele

Cofnijmy się w czasie. W 2015 roku Alessandro Michele przejął schedę po Fridzie Gannini, która delikatnie i oględnie mówiąc, nie miała ręki do Gucci. Za jej czasów marka była totalnie nijaka i snobistyczna, kojarzyła się wyłącznie z drogimi ubraniami pozbawionymi wyrazu i polotu. Gucci, przed laty reanimowane przez Toma Forda, po raz kolejny wpadało w modowy niebyt. Michele tchnął w markę nowe życie, dodał jej koloru i różnorodności. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki rozkochał w niej młodych konsumentów, którzy identyfikowali się z jego wizjami oraz inkluzywnym i kreatywnym podejściem do mody. Wydawało się, że marka jest na fali wznoszącej, dlatego tym bardziej nikt nie spodziewał się, że Alessandro Michele może się pożegnać z kultowym włoskim domem mody. Rzeczywistość okazała się, nomen omen, nie tak kolorowa, jak mogło się wydawać na pierwszy rzut oka.

Rewolucja?

7 lat w modowej rzeczywistości to naprawdę kawał czasu.  W tym czasie Michele stworzył spójną opowieść o marce, wypracował estetykę, której nie dało się pomylić z żadną inną, a romantyczny, nieco vintage styl stał się znakiem rozpoznawczym Gucci. Projekty marki, choć piękne i bardzo charakterystyczne, nie były już niczym nowym i zaskakującym. Stały się trochę duszne i ciężkie, nieco się opatrzyły, nie do końca wpisywały się też popularne nurty.

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to z całą pewnością chodzi o pieniądze – podobnie było w przypadku Gucci, bo choć na markę panował spory hype, to słupki sprzedaży nie do końca satysfakcjonowały analityków finansowych koncernu Kering. Marka nie rosła zgodnie z oczekiwaniami, a jej zyski wypadały dość blado na tle pozostałych brandów z portfolio koncernu.

François-Henri Pinault, prezes i dyrektor Keringa uznał, że czas na zmianę oblicza marki. Wedle doniesień prasowych Michele został „poproszony” o zainicjowanie i wprowadzenie zmian, tak aby o Gucci znów było głośno (a tym samym, by sprzedaż rosła). Projektant na propozycję nie przystał, a jego umowa została rozwiązana w trybie natychmiastowym. Na czele marki stanął nowy dyrektor kreatywny Sabato de Sarno, a jego pierwsza kolekcja „Ancora” rozpaliła modowy świat do czerwoności.

Michele vs. De Sarno/ who did Gucci better?

„Ancora” (link do pokazu tutaj) stoi w totalnej opozycji do tego, co prezentował Michele. De Sarno postawił na geometrię, znacznie uprościł sylwetkę lansowaną przez swojego poprzednika, zrezygnował z powłóczystych form i z warstwowości. Na pierwszy rzut oka widać tu pragmatyzm i zwrot w stronę minimalizmu. U De Sarno próżno szukać printów czy wzorów, a zachowawcza paleta kolorystyczna momentami urozmaicana jest soczystą limonką, wiśniowym burgundem, granatem oraz metalicznie lśniący frędzlami i cekinami. Gołym okiem widać również nacisk na prostotę i focus na wyraziste dodatki, które w założeniu… mają podbić sprzedaż. Mamy dużą, masywną biżuterię, kultowe torebki i paski w odświeżonym wydaniu oraz skórzane mokasyny wzniesione na niebotycznie wysokie platformy. W kolekcji „Ancora” czuć estetykę Toma Forda zaadoptowaną do współczesnych czasów, czyli w dużo łagodniejszym i unowocześnionym wydaniu.

Na hop-siup?

Wyobraźmy sobie zupełnie odwrotną sytuację: oto Sabato de Sarno na Mediolańskim Tygodniu Mody prezentuje kolekcję utrzymaną w duchu estetyki Michelego. Co powiedziałoby modowe środowisko? Jakie echa niósłby po sobie pokaz? „Po co ta zmiana?”, „Nowy dyrektor kreatywny, to samo Gucci”, „Nic nowego” – to tylko kilka nagłówków, które mogłyby się pojawić w prasie i na modowych portalach. 

Skrupulatnie obserwowałam i czytałam to, co pisze się o najnowszym pokazie Gucci. Najczęstsze zarzuty? „To nie to”, „Nie ma w tym nic świeżego”, „Kolekcji brakuje wyrazu”. Oczywiście w kwestii mody w grę wchodzi subiektywizm – każdemu podoba się co innego, nie każdy musi z marszu czuć miętę do estetyki proponowanej przez danego projektanta i nie ma w tym absolutnie nic złego. Niemniej zmiana zaszła, a my, jako modowi odbiorcy i konsumenci  nie powinniśmy jej oceniać na podstawie pierwszego pokazu, zwłaszcza w przypadku marki takiej jak Gucci, która ma ogromny globalny zasięg i jest bardzo złożonym przedsiębiorstwem. Każdy projektant wchodzący w tak ważną rolę w tak dużej marce, bez względu na to, jak bogate ma doświadczenie, potrzebuje czasu i przestrzeni na wymyślenie, opracowanie i realizację swojej wizji. To ogromne przedsięwzięcie i… nie da się tego zrobić przez jeden sezon, to absolutnie niemożliwe.

***

Co ciekawe, pierwsza kolekcja stworzona przez Alessandoro Michelego dla Gucci… również nie zachwyciła publiczności. Portal Vogue Runway (wówczas style.com)  pytał widzów o wrażenia tuż po nim, a większość z nich miała mieszane uczucia co do estetyki włoskiego projektanta, krytykowano go za zbytnią młodzieżowość, wieszczono niską sprzedaż. Taka chyba jest natura zmiany – początkowo podchodzimy do niej nieufnie, by po czasie uznać, że była całkiem udana.

Czy z czasem świat mody pokocha estetykę Sabato de Sarno równie mocno jak Daniela Lee, który zmienił obliczę marki Bottega Veneta? Czy może Gucci spotka los podobny do Celine, a miłośnicy marki o czasach panowania Alessandro Michele będą mówić „old Gucci”? Zobaczymy, szanse są wyrównane.

Na koniec przyznam, że mnie nowe Gucci się bardzo podoba.