LIFESTYLE,  MODA

Minimalizm skutkiem koronawirusa?

Zdecydowanie nie byliśmy gotowi na nową rzeczywistość, która jak grom z jasnego nieba spadła na nas z dnia na dzień. W końcu jeszcze kilkanaście dni temu życie wyglądało zwyczajnie: chodziliśmy do pracy, biegaliśmy po centrach handlowych, spotykaliśmy się ze znajomymi, podróżowaliśmy z jednego końca świata na drugi. „Normalność”, którą znamy i kochamy, póki co odeszła w niepamięć, a my – zdani na łaskę wirusa SARS-CoV-2 nie wiemy, czy, i kiedy wrócimy do „naszej” rzeczywistości. W spowodowanym epidemią zamieszaniu mocno zwalniamy i chcąc nie chcąc zastanawiamy się nad tym, co jest w życiu niezbędne.

***

Kwarantanna konsumpcji?

9 marca Li Edelkoort jedna z najbardziej wpływowych trendseterek udzieliła magazynowi „Dezeen wywiadu, w którym mówi o tym, jaki wpływ na świat i konsumpcję będzie miał panoszący się po świecie koronawirus. Według Edelkoort czeka nas „globalna recesja na niespotykaną wcześniej skalę, ale ostatecznie pozwoli to ludzkości zresetować swoje wartości”. Czytając dalej, trafiam na fragment, w którym pochodząca z Holandii ekspertka mówi: „Wygląda na to, że masowo wkraczamy w kwarantannę konsumpcji, nauczymy się znowu, jak być szczęśliwym, posiadając jedną sukienkę, czytając zapomnianą książkę”. Jeszcze kilka dni temu z uznaniem kiwałam głową i myślałam sobie „ma rację jak nic!”. Wiedziałam, że sytuacja, w której jako konsumenci się znaleźliśmy, zmusi nas do zwolnienia, zastanowienia się nad wszystkim i docenienia małych rzeczy. Podzielałam zdanie Edelkoort odnośnie tego, że światowa pandemia jest oddechem dla planety. Czas jednak zweryfikował moje poglądy. Dziś po kilku dniach zamknięcia w 40-metrowym mieszkaniu, po rozmowach z różnymi osobami na temat tego, co będzie dalej, i po skrupulatnym obserwowaniu tego, co dzieje się na świecie, dochodzę do wniosku, że Li Edelkoort może się jednak mylić. 

 

Love/Hate relationship

Jasne, fajnie byłoby po kilku tygodniach domowej kwarantanny wrócić do świata, w którym ludzie nie gonią za pieniądzem, skupiają się na niematerialnych dobrach, cieszą się chwilą z rodziną i żyją w rytmie slow – niestety, według mnie to bardzo utopijna wizja, która nie ma racji bytu. Dlaczego? Bo od dziesiątek lat żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, w którym wszystko zorganizowane jest dookoła konsumpcji, którą – powtarzając za Baudrillardem, możemy uznać za  „totalną organizację codzienności, również totalne ujednolicenie, gdzie wszystko zostaje opanowane, przechwycone i wyparte przez łatwość, prostotę i przejrzystość abstrakcyjnego szczęścia”. Czy tego chcemy, czy nie, promujemy wybór konsumpcjonistycznego stylu życia, jesteśmy do niego przyzwyczajeni (czasami nawet uzależnieni), bardzo go kochamy (jedni się do tego otwarcie przyznają, inni nie) i dziś, kiedy na karku czujemy złowrogi oddech koronawirusa, bardzo za nim tęsknimy. 

 

Blisko rzeczywistości

Dlaczego konsumpcja jest tak ważnym elementem naszego życia? Ponieważ jest bardzo mocno zakorzeniona w społeczno-politycznym kontekście, konsumpcja jest lustrem, w którym odbija się   rzeczywistość. Co to oznacza w praktyce? Zachowania konsumpcyjne są zależne od „otaczających” warunków, są podatne na „nastroje” współczesnego świata. To wszystko, co dzieje się dookoła wpływa na sposób, w jaki konsumujemy dobra – w końcu inaczej zachowujemy się w czasach dobrobytu, pokoju i bezpieczeństwa, a inaczej w czasach wojny, kataklizmu czy walki o przetrwanie. Dziś w obliczu globalnej walki z ogromnym kryzysem (niektórzy specjaliści twierdzą, że pandemia koronawirusa to największy kryzys od czasów II Wojny Światowej) czujemy strach i niepewność, dlatego nasz sposób konsumowania zmienił się o 180 stopni. I nie ma w tym absolutnie nic dziwnego.

Przyjemność czy przetrwanie?

Współczesna kultura konsumpcyjna wyróżnia dwie funkcje: funkcję użyteczności i funkcję znakową. W czasach „normalności”, czyli kilkanaście dni temu, światem rządziła funkcja znakowa.  Nasza konsumpcja opierała się głównie na dobrach, które patrząc racjonalnie, nie były nam niezbędne do przetrwania. Z wypiekami na twarzy obserwowaliśmy wybiegi Fashion Weeków, zastanawialiśmy się jaki krój spodni wybrać na wiosnę, a wieczorami szukaliśmy sneakersów idealnych. Kupowaliśmy luksusowe torebki i buty, nie wyobrażaliśmy sobie życia bez tygodniowego urlopu w ciepłych krajach. Konsumpcja nie była dla nas tylko zaspokojeniem potrzeb – była przede wszystkim zaspokojeniem pożądania, sposobem na wyrażenie siebie, była prosta i przyjemna, była nieodłącznym elementem naszego życia. Dziś, kiedy niemalże cała Europa walczy z szalejącym  koronawirusem, a w Polsce mamy ogłoszony stan epidemii nastroje konsumentów są zgoła inne. Prym wiedzie zdecydowanie funkcja użyteczności, co oznacza, że najbardziej atrakcyjne stają się dobra, bez których po prostu nie przetrwamy. Najbardziej pożądanym towarem jest oczywiście jedzenie, ale równie popularne są środki czystości, które w obliczu zagrożenia chorobą stają się towarem na wagę złota. Koronawirus postawił „normalną”, współczesną konsumpcję na głowie – w ciągu kilkunastu dni funkcja użyteczności stała się ważniejsza od funkcji znakowej. Tu pojawiają się jednak kolejne pytania. Jak długo potrwa taki stan rzeczy? Czy minimalizm faktycznie będzie skutkiem koronawirusa?

Słodko-gorzki minimalizm

Przez kilka najbliższych miesięcy nasze „zakupowe” priorytety z pewnością będą wyglądać inaczej, ale czy faktycznie skutkiem koronawirusa będzie minimalizm? Czy czeka nas konsumencki zwrot? Szczerze mówiąc, nie sądzę. Jeżeli pokłosiem epidemii koronawirusa będzie minimalizm, to będzie on raczej „efektem ubocznym” sytuacji, w której się znaleźliśmy. Z pewnością przyczyni się do niego zmniejszenie lub utrata dochodów, upadek firm, przestój gospodarki, brak możliwości zakupu danego towaru. Pokoronawirusowy minimalizm będzie chwilowy i nieświadomy. Dlaczego tak uważam? Z prostego powodu – pomimo epidemii koronawirusa funkcja znakowa konsumpcji nie przestała istnieć. Dziś chętnie kupujemy kursy, e-booki (osoby sprzedające tego typu produkty notują w koronawirusowej sytuacji ogromne zyski), póki co nieśmiało ulegamy modowym zachciankom – kupujemy ubrania online (w dużej mierze homewear) i czekamy na lepsze czasy, kiedy wystrojeni w nowe stylizacje będziemy mogli wrócić do dobrze znanej nam rzeczywistości. 

***

Szczerze mówiąc, myślę, że Li Edelkoort zbyt optymistycznie podeszła do sprawy koronawirusa – ja nie wierzę w to, że „po wszystkim” konsumenci zadowolą się jedną sukienką. I choć chciałabym wierzyć, że pandemia SARS-CoV-2 da nam do myślenia, to niestety wiem, że kiedy opadnie koronawirusowy pył my, ludzie nie pokażemy konsumpcji środkowego palca, ale przyjmiemy ją z otwartymi ramionami. W końcu to „normalność”, na którą czekaliśmy z utęsknieniem. 

PS. Nie mam pojęcia, czy moje przewidywania będą miały odbicie w „pokoronawirusowej” rzeczywistości. Dziś mogę Was jedynie zapewnić, że kiedy opadnie kurz epidemii, na pewno zweryfikuję to, co napisałam, i kto wie – może się do tego odniosę. Tymczasem od kilkunastu dni kilka razy dziennie dokładnie myję ręce do nieśmiertelnego hitu „I Will Survive” i liczę na to, że tytuł piosenki to dobra wróżba na przyszłość. 🙂